Zbigniew Wodecki wraz z zespołem Mitch&Mitch zabrali publikę w odyseję do 1976 roku. Widownia, która wypełniła opolski amfiteatr niemalże po brzegi, miała okazję przekonać się, że dobra muzyka rozrywkowa broni się niezależnie od tego, kiedy powstała.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Zbigniew Wodecki w 1976 roku wydał album, który przeszedł praktycznie bez echa. Niewykluczone, że piosenki "Rzuć to wszystko co złe", "Opowiadaj mi tak" czy "Panny mego dziadka" znane byłyby tylko wąskiej grupie maniaków, gdyby grupa Mitch&Mitch. Jej członkowie dostrzegli niezwykły potencjał w materiale Wodeckiego i wspólnymi siłami go odświeżyli.

W 2014 roku podczas dwóch koncertów w studio Polskiego Radia nagrano materiał, który ukazał się w listopadzie 2015 roku pod tytułem "1976: A Space Odyssey". Materiał spotkał się z niesamowicie ciepłym odbiorem publiczności oraz krytyki. Dość powiedzieć, że za ten album muzycy otrzymali dwa Fryderyki - za album roku pop i za piosenkę roku ("Rzuć to wszystko co złe").

 

W piątek z materiałem z płyty "1976: A Space Odyssey" Zbigniew Wodecki i zespół Mitch&Mitch zawitali do opolskiego amfiteatru. Ten - co dla pewnych ludzi mogło być zaskoczeniem - wypełnił się niemalże po brzegi. Tylko w skrajne sektory pozostały w większości puste.

Już od pierwszych nut muzycy pokazali, że owoc ich współpracy nie był przypadkiem. Świetne brzmienie, dobre melodie, a także mocny głos Zbigniewa Wodeckiego - nie było tutaj żadnego przypadku, a wszystko świetnie się ze sobą komponowało. Warto przy tym podkreślić, że Wodecki nie odstawał na scenie od swoich młodszych koleżanek i kolegów ani pod względem muzycznego warsztatu (oprócz śpiewu grał też na trąbce, skrzypcach, fortepianie i perkusjonaliach), ani scenicznej werwy. Chwilami można wręcz było pomyśleć, że ma tej werwy więcej.

Piątkowy koncert pokazał, że piosenki powstałe przed 40 laty oparły się upływowi czasu i mają prawo podobać się nie tylko słuchaczom w średnim wieku. Aż trudno uwierzyć, że kiedyś kompozycje te uznane byłyby za mainstream, a tym samym osoby nie mające wysokiego mniemania o popie uznałyby za coś, czego nie warto słuchać.

Świetna atmosfera, okraszona kilkoma muzycznymi żartami, sprawiła, że widownia nie chciała wypuścić artystów ze sceny. Zbigniew Wodecki i Mitch&Mitch wyszli tylko na jeden bis, i jeśli trzeba byłoby wskazać słabe strony piątkowego wydarzenia, to byłoby nim to, że pozostawili w widowni pewien niedosyt. Po bisie ludzie długo jeszcze klaskali i czekali na to, aż muzycy wrócą na scenę. Tak się nie stało, co nie zmienia faktu, że muzyczna odyseja do 1976 roku była dla widowni podróżą, która będzie wspominana w przyjemnością.

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Roman Imielski poleca
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem