Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Piotr Guzik: Co sprawiło, że arcybiskup został księdzem?

Ks. abp Alfons Nossol: W domu oprócz mnie były jeszcze dwie siostry i pięciu braci. Każdy z nich był ministrantem. Ksiądz Paweł Matheja, probosz parafii w Brożcu, w rozmowie z moimi rodzicami stwierdził, że najprawdopodobniej stać się ministrantem w tej rodzinie jest dziedziczne. I w związku z tym bardzo prosił, żebym i ja został ministrantem. Miałem wtedy 10 lat.

Ks. Matheja pochodził z Gosławic. Przyjechał do naszej wsi w 1940 roku. To było karne zesłanie, za sprzeciwianie się narodowemu socjalizmowi. Był człowiekiem wykształconym, wybitnym intelektualistą. Ukończył studia astronomiczne, na plebanii miał lunetę wbudowaną w okno, dzięki czemu obserwował nocne niebo, publikował też w astronomicznym periodyku Uniwersytetu Wrocławskiego.

Był też człowiekiem krewkim, przez co ludzie we wsi trochę się go bali. Ale zawsze podkreślał, że jeśli mam jakieś pytania, to mam mu je zadawać. Sam też często mnie wypytywał. Sprawdzał na przykład, czy pamiętam, co było na niedzielnym kazaniu. I czy rozumiem, o czym mówił. Gdy przyznałem, że korzysta z wielu wyrażeń obcych, on zaczął ich unikać, jego kazania stały się bardziej zrozumiałe i przystępne dla ludzi. To on zaszczepił we mnie zamiłowanie do teologii i pokazał, że należy pomagać innym.

Stąd pomoc dla Żydów w czasie wojny?

– Większość Żydów w moich okolicach szukała pracy w Krapkowicach, gdzie były m.in. duże zakłady obuwnicze oraz fabryka papieru. Po nocy kryształowej sporo Żydów pracowało przymusowo. Tak było w przypadku przebudowy drogi z Krapkowic do Brożca z polnej, utwardzanej kamieniami, na drogę betonową.

Jako dzieci bawiliśmy się na ukończonych odcinkach drogi. Chodząc tam, widywaliśmy Żydów, którzy ciężko pracowali na placu budowy. Wtedy nie było maszyn, wszystkie materiały były przewożone w taczkach. Widać było, że są niedożywieni. Raz jeden z nich zagadnął mnie. Powiedział: „Jestem głodny”, i poprosił, bym dał mu pajdę chleba z masłem, z którą mama wypuściła mnie z domu po obiedzie. Upuściłem kromkę na taczkę z piaskiem. On ją lekko tylko otrzepał i błyskawicznie pochłonął.

Po powrocie do domu opowiedziałem o tym mamie. Odparła: „Musimy im pomóc”. Dlatego za każdym razem po obiedzie dostawaliśmy podwójne pajdy, po jednej dla nas i jednej dla robotników. Pewnego razu moja siostra zagadnęła mamę i z wyrzutem stwierdziła: „Mamo, to są Żydzi!”. A mama odpowiedziała ze zdziwieniem: „A ty myślisz, że Żydzi nie są głodni?”. I urwała się dyskusja.

Co się stało z księdzem Matheją?

– Wyjechał z Brożca 18 marca 1945 roku, dzień przed tym, jak do naszej wsi weszła armia radziecka. Na plebanii była przejściowa stacja sanitarna, skąd odsyłano rannych żołnierzy do Głogówka. Wojskowi podkreślali, że wiedzą, jacy są Rosjanie, i ostrzegli proboszcza, że jego temperament może doprowadzić do przedwczesnej śmierci.

Proboszcz zostawił nad zakrystią skrzynię pełną książek. Udało mi się z nim skontaktować po wojnie. Był nauczycielem religii w szkole w Bawarii. Zapytałem, czy mogę korzystać z tego zbioru. Odpisał, że nie zostawił w Polsce nic, co by uważał za swoje. Dzięki temu miałem dostęp do wysokiej klasy literatury, głównie filozoficznej i teologicznej. Tylko że w języku niemieckim. Bardzo mi się te książki przydały, gdy rozpocząłem studia teologiczne.

Jak rodzina przyjęła tę decyzję?

– Byłem jedynym w swoim pokoleniu, który zdecydował się zostać duchownym. Reakcja rodziców była ostrożna. Ojciec się ucieszył, choć mówił: „Synu, to nie jest łatwa droga”. Mama, wiedząc, że byłem dość żywym młodym człowiekiem, obawiała się, że nie wytrzymam na długich studiach.

Nie bez znaczenia był też czynnik ekonomiczny. Nasza rodzina była wielodzietna i niezbyt majętna. Ale z pomocą przyszedł mi najstarszy brat Gerard. On też chciał pójść na studia, ale uniemożliwiła to wojna, a gdy wrócił z frontu, musiał podjąć pracę. Brat chciał, bym skorzystał z szansy, której sam został pozbawiony i zobowiązał się opłacać moje dalsze kształcenie. Robił to przez trzy lata, a przez kolejne dwa finansowo pomagał mi wuj, Konstanty Burczyk.

Studia filozoficzno-teologiczne pojmowałem jako najkonkretniejsze uczłowieczanie. Zrozumiałem, że istotą posługi kapłana jest „bycie dla” i że nikt nie może być w życiu dla innych tak radykalny jak właśnie ksiądz.

Po ukończonych studiach i święceniach kapłańskich czekałem na dekret, gdzie będę wikarym. Ten jednak się nie pojawił. Okazało się, że przeznaczono mnie do teoretyzowania. Znalazłem się w grupie siedmiu kleryków z naszego roku, których wysłano na Katolicki Uniwersytet Lubelski celem dalszego kształcenia. Chciałem studiować filozofię, ale usłyszałem, że ta jest już obsadzona i mam się skupić na teologii, koniec i kropka.

Potem wyliczyłem, że do różnych szkół chodziłem łącznie przez 23 lata. Ale tego nie żałuję. Nauczyło mnie to pokory. I mogę spokojnie powiedzieć, że byłem i jestem szczęśliwym księdzem, choć szczęśliwym biskupem nie byłem.

Dlaczego?

– Błagałem kardynała Stefana Wyszyńskiego, aby nie powierzał mi tej misji. Podkreślałem, że jestem teoretykiem i nie mam doświadczenia duszpasterskiego. Nigdy nie byłem wikarym ani proboszczem, nie pracowałem bezpośrednio z wiernymi. Ale dyspozycja papieża Pawła VI była jednoznaczna: na tym terenie musi być ktoś, kto zna mieszkańców po obu stronach, Polaków i Niemców. Wtedy przypomniały mi się też słowa jednego z proboszczów z Bytomia, który mawiał, że Ślązak jest jak grusza zasadzona na miedzy – rodzi owoce po obu stronach.

Mimo to przerażała mnie odpowiedzialność i konieczność decydowania o wszystkich sprawach ogólnodiecezjalnych. Pamiętajmy też, że był to okres smętny, kiedy Kościół był intensywnie inwigilowany i księży próbowano pozyskiwać do kolaboracji z władzą PRL. Sam zresztą byłem pod obserwacją agentów, którzy byli ulokowani w mieszkaniu naprzeciwko kurii diecezjalnej. Co wieczór zanosili na pocztę dokumenty. Raz zdarzyło się, że ja również musiałem tam coś pilnie zanieść. I gdy wracałem, to mijałem jednego z nich. „Dobry wieczór, sąsiedzie!”, zawołałem. Nie odpowiedział, ale zwiesił głowę.

Gdy skończył się PRL, musiało być łatwiej.

– Niekoniecznie. Po mszy św. w Krzyżowej, wielkim akcie pojednania pomiędzy Polakami i Niemcami, na kurii pojawił się napis: „Nossol do Berlina raus!”. Zamalowywaliśmy go, ale za każdym razem po nocy pojawiał się znowu.

Zamiast szukać wandali, zaproponowałem, byśmy kupili farbę w sprayu w tym samym kolorze. I do napisu: „Nossol do Berlina raus!”, dodaliśmy: „Po niemieckie leki dla polskich szpitali!”.

Pomogło?

– Gdy całość po jakimś czasie zamalowaliśmy, napis na mój temat na kurii więcej się nie pojawił.

Arcybiskupa spotkała krytyka za mszę pojednania, a papież Franciszek jest krytykowany za otwartość na uchodźców. Słusznie?

– Papież Franciszek budzi kontrowersje, także w łonie Kościoła, ponieważ wychodzi naprzeciw współczesnym problemom ludzkości, a nie podkreśla dogmatycznych ujęć. Niektórzy uważają, że to jest niebezpieczne, ponieważ może doprowadzić do odteologicznienia Kościoła. Takie zarzuty padały zresztą już pod adresem poprzednika Franciszka, Benedykta XVI, którego oskarżano o rozpowszechnianie dyktatury relatywizmu.

Ja natomiast uważam, że otwartość na ludzi i prostota w ujmowaniu kwestii teologicznych sprawia, że przekaz kierowany do wspólnoty ludu bożego umożliwia temu ludowi jego szerszą akceptację i zrozumienie. W ten sposób łatwiej jest być człowiekiem we współczesnych czasach. Jak się papieża Franciszka usiłuje głębiej zrozumieć, to w istocie on jest darem nieba. On przypomina, że chrześcijaństwo jest oparte o krzyż. A ten jest drogowskazem ku przyszłości. Przy czym ostatnie słowo nie należy do śmierci, ale do zmartwychwstania.

Obawy przed uchodźcami wydają się naturalne, ale trzeba mieć świadomość, że cała Ewangelia jest ryzykiem, jeśli chce się ją brać serio i dostosować do niej swoje życie. I nie mówimy tu tylko o życiu indywidualnym, ale też społecznym. Cała wiara na nic się zda, jeżeli nie zamienia się jej w czyny. Prawda chrześcijańska musi być czyniona w miłości. Bo miłość nigdy nie upokarza, nigdy nie umniejsza, ale jak najbardziej usiłuje uczłowieczyć.

Nieraz miałem okazję rozmawiać z chrześcijanami, którzy o uchodźcach wypowiadają się bardzo negatywnie.

– To jest efekt mieszania wiary z polityką swoiście ukierunkowaną. Sam zawsze wystrzegałem się polityki, bowiem ta zasadza się na walce i dzieleniu. Te podziały uwidaczniają się teraz tym bardziej, że ludzie boją się ryzyka bycia chrześcijaninem w czasie kryzysu. Rozumiem te obawy, ale – jeszcze raz powtórzę – bez ryzyka nie ma autentycznego chrześcijaństwa.

Polska powinna przyjąć uchodźców?

– Najlepsza byłaby pomoc ludziom na miejscu, ale w wielu przypadkach to nie jest możliwe. Uchodźcy uciekają z miejsc, gdzie panuje głód i terror, gdzie nie ma poszanowania dla ludzkiego życia. Dlatego Polska powinna ich przyjąć, choć nie w takich masach, jak zjawiają się oni na Zachodzie. Rozumiem nasze władze, które tłumaczą, że chcą chronić polskich obywateli. Nie może być jednak tak, że nie wyciągamy ręki do ludzi z obawy, że w tym tłumie mogą się znaleźć pojedyncze czarne owce. Myślę, że można znaleźć rozwiązanie, by tym wypędzanym wyjść naprzeciw. Potrzebna jest jednak dyskusja i rozmowa.

Słowami da się ten problem rozwiązać?

– Zawsze uważałem, że dialog jest macierzystym językiem ludzkości. Musimy rozmawiać ze sobą, nie tylko mówić wzajemnie na siebie, ale do siebie. Bez dialogu nie ma pojednania. Jest to proces mozolny, nie ma bowiem pojednania bez przebaczenia. Ten, który pierwszy przebacza, jest wygranym, choć nie o zwycięstwo tu chodzi, ale o szukanie pokoju.

Jest szansa, by z dialogu skorzystać. Nawołuje do tego papież Franciszek. Do pokoju nawoływał też Jan Paweł II, który był wielkim orędownikiem obecności Polski w Unii Europejskiej. Jak chce się być członkiem UE, to jej najbardziej humanistyczne założenia, a więc dobro człowieka, zwłaszcza prześladowanego, należałoby jednak serio traktować.

Arcybiskup przez lata z mozołem działał na rzecz pojednania Polaków z Niemcami. Tymczasem coraz bardziej do głosu dochodzą osoby, które to porozumienie burzą. Jeden z byłych działaczy antykomunistycznego podziemia stwierdził ostatnio na antenie Radia Opole, że „Caritas to agentura niemiecka zbudowana do germanizowania śląskich wsi”. Nie wspominając o politykach prawicy, którzy czasem Ślązaków nazywają ukrytą opcją niemiecką, zarzucają Mniejszości Niemieckiej działanie na szkodę regionu w obronie własnych interesów, a Donalda Tuska określają mianem sługusa Angeli Merkel. Nie obawia się arcybiskup, że w ten sposób owoce jego pracy są niszczone?

– Tego zniszczyć nie da rady. Owszem, takie komentarze na pewno nie sprzyjają zgodzie. Ale ci, co tak myślą, powinni się wstydzić. Nie nauczyli się niczego. Argumentują na sposób dawny, komunistyczny i terrorystyczny. Słowa o Caritasie jako pułapce Zachodu są wręcz – za przeproszeniem – infantylne. Tak człowiek współczesny myśleć nie powinien. To jest antyhumanizm, który nie tyle prowadzi donikąd, co prowadzi do samozniszczenia człowieka i dialogu międzyludzkiego.

W 1989 roku papież Jan Paweł II zapoczątkował tradycję pisania przesłania pokojowego do wiernych na Nowy Rok. Pierwszy taki list był zatytułowany „Poszanowanie mniejszości drogą do pokoju”. Nie możemy żyć w ciągłej walce z sąsiadami. My musimy być na inność sąsiadów otwarci. Ich się nie wybiera, tak jak w rodzinie nie wybiera się rodzeństwa. Trzeba ich zaakceptować. To nie jest łatwe, zwłaszcza w obecnej konstelacji. Ale trzeba to robić.

Z czego arcybiskup jest najbardziej dumny?

– Z tego, że dołożyłem swoją cegiełkę do tego, aby Opole było miastem uniwersyteckim. A także z tego, że odkryłem Śląsk jako pomost pomiędzy emocjonalnością Wschodu i racjonalnością Zachodu.

Inność to zresztą specyficzna cecha Śląska. Przy czym inność nie jest równoznaczna z obcością. Innością można się ubogacać, a obcością nie. I dlatego na tych ziemiach mamy możliwość autentycznego ubogacania się twórczą innością. To mi pomogło być w pełni człowiekiem.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.